Olfaktoryczne wspomnienia

Dzień Dziecka to bardzo wyjątkowy dzień. Odkąd zostałam mamą jest dla mnie szczególny. Uwielbiam atmosferę i beztroskę towarzyszącą tej dacie. Dla mnie to również czas wspomnień, czas powrotu do domu rodzinnego i zapachów, które towarzyszyły mi w tamtym czasie.
Zapach – przechowuje się go całe życie, jak rodzinne fotografie w albumach. Przypomina o rodzinnym domu, przyjaciołach, szkolnych latach, beztroskim dzieciństwie. Wraz z nim wracają wszystkie wspomnienia ciepłych chwil. To olfaktoryczne zapachy dzieciństwa…
Przenoszę się w czasie o jakieś 30 lat…
…biegam po małej łące tuż za naszym domem. Słońce mocno grzeje, czuję zapach świeżej trawy. Nieopodal jest mały staw w którym pływa mnóstwo ohydnych żab. Łąka mieni się różnymi kolorami. Spośród zielonej trawy wychylają się różnokolorowe kwiaty: białe stokrotki, żółte kaczeńce, chabry, maki i takie długie, fioletowe kwiatki, które wystają wysoko ponad trawę. Trawa sięga mi za kolana, a rosnące w niej pokrzywy czasem parzą małe nóżki. To zupełnie w niczym nie przeszkadza, bo bukiet najpiękniejszych, polnych kwiatów dla mamy jest najważniejszy.


Pamiętam wczesne poranki i zapach ciepłego, letniego wiatru. Pierwsze promienie słońca zaglądają przez otwarte okno na piętrze do mojego pokoju. Jest cicho – słychać tylko śpiew ptaków. Wyglądam przez okno. Pomiędzy grządkami widzę mamę, w tej jasnej sukience na szerokich ramiączkach. Pochylona nad grządką ociera pot z czoła.
Lubię tak na nią patrzeć, choć ona wcale o tym nie wie. Z takim wielkim zaangażowaniem i miłością pielęgnuje każdą roślinę. Nasz ogród wygląda jak z bajki. Mnóstwo kolorowych kwiatów zajmuje dużą część ogrodu. Ogromne kielichy pięknych lilii uginają się od swego ciężaru, uwalniając niezwykle silny zapach. Różnokolorowe róże, jak na królowe ogrodu wyglądają najdostojniej. Najbardziej lubię te herbaciane. Czasem obrywam im płatki, choć mama tego nie lubi i rozcieram w dłoniach, uwalniając ich wspaniały zapach. Po płocie wije się do góry pachnący groszek. Drugą część ogrodu zajmuje szklarnia, gdzie rosną dorodne pomidory, podparte drewnianymi tyczkami. Mama czasem pachnie tym charakterystycznym, mocnym zapachem krzaków pomidorów. Wokół szklarni rosną warzywa – mnóstwo warzyw. Każda grządka równiutka, starannie wypielęgnowana i zadbana. Czasem mam wrażenie, że Mamie pomagają krasnoludki…
Wokół ogrodu rosną różne gatunki drzew owocowych i krzewów. Wiśnie, aronia, agrest, porzeczki czerwone i czarne i jeden jedyny krzak z moją ulubioną białą porzeczką. Czuję zapach najlepszego ciasta ze śliwkami…tak, to jeden z tych silnych zapachów, który przywołuje wspomnienia wielkiej, starej śliwki węgierki, stojącej tuż koło bramy. Jej gałęzie uginają się od mnóstwa fioletowych owoców, bezwładnie opadając na płot. Mama robi z nich najlepsze ciasta i powidła…
Tuż koło płotu rośnie rabarbar – silnie przywołuje olfaktoryczne wspomnienia, gdy tylko go widzę. Długie, rubinowe i kwaskowate łodygi zanurzam nieudolnie w cukiernicy stojącej na stole. Wiem, że mama znów nakrzyczy, że cukier w cukiernicy zwilgotniał i pełno go na stole … Nie wiem, co dobrego było w tej podwórkowej przekąsce – chyba chodziło o zjedzenie jak największej ilości cukru.
Wakacyjną, wieczorową porą, tuż po godzinie 22 biegniemy z rodzeństwem do pobliskiej piekarni. Już kilka przecznic wcześniej czuć unoszący się w powietrzu zapach chleba. Do piekarni wchodzi się od zaplecza, ale przed nami długa kolejka. Wszędzie unosi się biały pył z mąki. Na drewnianych regałach leżą już pierwsze, ogromne bochenki pachnącego chleba. Kupujemy dwa bochenki, trzeci na drogę i powolnie wracamy do domu, aby w tym czasie zjeść jak najwięcej jeszcze gorącego i chrupiącego chleba. W domu poprawka – grube, niefortunnie pokrojone kromki smarujemy takim prawdziwym solonym masłem, sprzedawanym na wagę. Bieganie po chleb to jedyna okazja, aby wcześnie nie trzeba było iść spać.


Jest początek września. Na drzewach rumienią się jesienne jabłka. Od kilku dni trwają przygotowania do corocznej imprezy rodzinnej – wrześniowego ogniska, które jest epilogiem lata. Zbieramy drewno, gałązki, porządkujemy ogród i podwórko, tata struga kije na kiełbaski. Wszyscy bez wyjątku czekają na ten moment, a ja chyba najbardziej – bo to kolejna okazja, aby posiedzieć dłużej. W powietrzu unosi się już zapach palonych gałęzi i suchych liści. Pieczemy jabłka zerwane prosto z drzewa, kiełbaski i kromki chleba. Te dobrze przypieczone, lekko zwęglone są najlepsze. Ukradkiem wrzucamy z bratem do ogniska orzechy włoskie z naszego drzewa, a one wybuchają wydając głośny, donośny huk. Mama się denerwuje. Jest ciepło wesoło i przyjemnie. Kiedy księżyc znajduje się wysoko nad horyzontem, biesiadowanie dobiega końca. Ognisko powoli wygasa. Tata z bratem w jeszcze rozżarzony popiół zagrzebują ziemniaki. Zasypiam z myślą o poranku i gorącym śniadaniu w postaci pachnących, pieczonych ziemniaków. Pamiętacie te przypalone skórki i parę unoszącą się z gorących kartofli? W połączeniu z solą smakowały cudownie. Na samą myśl, aż cieknie mi ślinka. Całe wieki ich nie jadłam.
Jest późna jesień. Ogród zmienił swoje barwy – jest pusty, chłodny i smutny. Gdzie nie gdzie wychylają się zmarznięte od pierwszych przymrozków chryzantemy. Wszyscy schodzimy do piwnicy w której unosi się zapach jabłek, równiutko ułożonych w rzędach na drewnianych półkach. Obok nich zapasy na zimę, słoik przy słoiku dumnie stoją kompoty, soki, sałatki i inne przetwory. Zaczyna się coroczny rodzinny rytuał – kiszenie kapusty. Tata szatkuje starannie kapustę na długiej maszynie z ogromnym ostrzem, które mnie przeraża. Brat ubija ją w dużej, drewnianej beczce. Mama nadzoruje prace i trze marchew, a ja z siostrą ważę sól i zajadam słodkawe głębie z kapusty. Z naszego pomagania czasem nie było wiele pożytku, ale ten czas i te chwile spędzone razem – bezcenne…
Niedzielne przedpołudnie. Wszyscy szykujemy się do kościoła, wybierając odświętne ubrania. Tylko taty brakuje, bo dziś poszedł na ranną zmianę do pracy. Mama biega od pokoju do pokoju szukając zawieruszonego klipsa. W pośpiechu jeszcze nadziewa dużego kurczaka na rożen i szybkim krokiem idziemy wszyscy do kościoła. Wracając do domu już od drzwi unosi się niesamowity zapach, który uruchamia wyobraźnię o zrumienionej, chrupiącej skórce i soczystym kurczaku. Pośpiesznie myjemy ręce i zasiadamy do stołu, każdy na swoim miejscu i wspólnie jemy obiad. Ile ja bym dała, aby znów być przy jednym stole z rodziną, usiąść na swoim miejscu i umorusać się pachnącym kurczakiem…
Takich wspomnień, takich zapachów jest wiele…
…dom pachnący rosołem, świeżą, wykrochmaloną pościelą na sznurze schnącą, stołem na którym nawet chleb ze smalcem pachniał wyjątkowo do tego ściany przesiąknięte domową miłością. Kompot co gasił pragnienie i przez okno wpadające słoneczne promienie. To mamy oczy, które pełne troski spoglądają gdy świeże mleko i ciasto z truskawkami zjadamy. To zapach rozgrzanego słońcem, topniejącego asfaltu, w którym “maczało się” palce – to dopiero była zabawa!
Wielu z nas zapachy dzieciństwa kojarzą się w szczególności z babcią – najwspanialszym drożdżowym ciastem czy pierogami. Ja niestety takich wspomnień nie mam, nie dane mi było jej poznać. Choć przyznam szczerze, że w sferze kulinarnej mama w 100% potrafiła zastąpić babcię. Wypiekała cudownie smaczne wypieki, gotowała wspaniałe – zawsze dwudaniowe obiady i dbała o każdy posiłek. Odnalazłam jednak jeden smak ściśle związany z babcią. Jeden smak, jeden zapach mieszkający w szczelnie zamkniętych słoikach z gumką. W piwnicy były takie szczególne półki, gdzie przez lata stały babcine kompoty. Każdy słoik skrywał inny smak, inne owoce, które z chęcią wyjadałam. Były pyszne. Stały tak na prawdę przez długie lata, podpisane rocznikiem 1974 – takie pamiętam. Stały tak długo, a mimo to wciąż były dobre, zupełnie jakby babcia schowała tam swoje serce…

Zapisz

Zapisz

3 thoughts on “Olfaktoryczne wspomnienia

  1. Panna Kwiatkowska

    Piwnica z kompotami to i domena mojej babci! Choć rok temu pomagałam jej sporo z nich wyrzucić, bo sfermentowały… A dorastania w domu z ogrodem zazdroszczę – ja takich wspomnień nie mam…

    Reply
  2. Agnieszka Dec | Dekozdrowia

    Jaki piękny, poetycki opis wspomnień z dzieciństwa! Ostatnie zdanie chwyta za serce. Mi na szczęście dane było poznać moje babcie, zachowałam w pamięci smaki i zapachy z nimi związane. W ogóle dzieciństwo to dla mnie kraina zapachów, mam wrażenie, że teraz świat jest jakby przytępiony, zapachy gdzieś się pochowały, a zastąpił je wątpliwy aromat chemii i sztucznych kosmetyków. 🙁

    Reply
  3. Wyrodna Matka

    Piękne wspomnienia. Czytało się jak jakąś dobrą książkę, a w wyobraźni miałam obraz takiej cudownej sielanki. Cudowne dzieciństwo miałaś 🙂 Szkoda, ze teraz dzieci bardziej pochłonięte są technologią i ich wspomnienia będą wyglądać zupełnie inaczej…

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *